“Uważaj na siebie!”, “Uważaj, żebyś nie spadł!”, “Uważaj, bo możesz się oparzyć!” itp. itd. Brzmi znajomo? Dla mnie bardzo! Chyba trylion razy już do mojego syna powiedziałam: “Uważaj…”

Wiadomo, w większości rodzice chcą dobrze i na samą myśl, że dziecku mogłoby się coś przydarzyć mamy ciarki, zawroty głowy dostajemy kręćka. Nigdy, ale to przenigdy nie chcemy, żeby coś mu się przydarzyło. Dochodzi nawet do tego, że nie chcemy doprowadzić do sytuacji, żeby dziecko się po prostu przewróciło, starło kolano i się rozpłakało…

Złapałam się na tym wiele razy, a ostatnio będąc z moim dzieckiem na placu zabaw. “Uważaj, żebyś nie spadł”, “Nie syp piachem”, “Nie bujaj się za wysoko” to tylko kilka z moich tekstów. W pewnym momencie miałam wrażenie, że zaczęłam traktować swoje dziecko jak jakąś sterowaną zabawkę. Zmusiło mnie to do refleksji…

Postanowiłam dać mojemu dziecku przestrzeń na eksplorację i doświadczanie. Zresztą z autopsji u nas wychodzi, że moje gadanie w kółko nie uczy tak bardzo, jak doświadczenie – przynajmniej mojego syna.

Ostatnio też przeczytałam coś, co mnie dodatkowo przekonało, aby przestać i wyluzować ze swoją nadgorliwością. Bardzo mądre słowa:

“Każąc być ostrożnym cały czas, sprawiamy, że dzieci czują się niezdolne do samodzielnych decyzji i odbieramy im pewność siebie”

Mnie to przekonało…