Od zamierzchłych czasów kara jest czymś nieodzownym w wychowywaniu dzieci, przynajmniej u większości. Przybiera ona różne formy i równie różnie jest skuteczna. Ci, co pamiętają jeszcze rady pewnej niani z jednej ze stacji TV zapożyczyli karnego jeżyka, inni czegoś zabraniają, a jeszcze inni mówią, że czegoś tam nie będzie. Radzimy sobie na wiele sposobów no i dobrze. Każdy najlepiej zna swoją latorośl i wie co na nią działa, a co nie. Jest jednak jeszcze jeden sposób, który czasem potrafi zdziałać cuda . A cóż to za sposób? A bardzo fajny sposób 🙂 Nazywa się wzmacnianiem pozytywnym.

Wyobraźcie sobie chłopca z głową pełną pomysłów, jednego z zakłócających porządek w grupie przedszkolnej liczącej sobie 25 dzieci. Jest żywotny, ciągle rozpiera go energia i raczej trudno jest go zatrzymać. Ogólnie jest fajnym dzieckiem, ale co z tego, jak porządek musi być, panie są dwie, a zajęcia trzeba jakoś prowadzić. Chłopiec ów za każde swoje małe czy duże przewinienie odprowadzany jest w jedno miejsce, gdzie nie może się bawić i nie bierze udziału w zajęciach. Jest w jakimś sensie odizolowany od dzieci i czeka na pani znak, aż będzie mógł miejsce opuścić. Dzieje się tak kilka razy w ciągu dnia. Raz wie, co złego zrobił, raz nie ma pojęcia, ale jedno wie na pewno, że wkrótce będzie mógł to miejsce opuścić i kontynuować swoje poczynania. Dzieje się tak dzień po dniu, aż miejsce to nie robi na nim żadnego wrażenia. Idzie tam już przyzwyczajony i odczekuje czas kary”, bo wie, że przecież minie.

I teraz przy tym się zatrzymajmy. Ja myślicie, co wnosi karanie tego typu? Oprócz tego, że chłopiec może czegoś nie zrobi drugi raz, bo będzie obawiał się kary, wnosi coś jeszcze? Chyba tylko tyle, że dziecko zacznie się identyfikować z łobuziakiem i podobnie zaczną o nim myśleć inne dzieci, które obserwują, jak znowu jest, gdzieś tam jest odprowadzany.

A gdyby tak, wyłapywać to, co ten chłopiec robi dobrze. Wzmacniać każde jego nawet najmniejsze dokonania, chęci, by być lepszym zwłaszcza w tym, co mu słabo wychodzi. Na pewno to zauważy i prawdopodobnie będzie chciał więcej, czy pochwały, czy pogłaskania po głowie, czy punktów na tablicy dobrych uczynków. Będzie się wiązało to z tym, że zachowań pożądanych będzie więcej, a pani pokaże mu na ten pozytywny sposób i nauczy, jak należy postępować i co warto robić, by było lepiej i fajniej. Obędzie się bez kolejnej wyprawy w kąt w towarzystwie wzroku innych dzieci i bez utwierdzania się od najmłodszych lat w tym, że jest się niegrzecznym chłopcem. Ok, wiem, że to brzmi fantastycznie i czasem może się nie udać, ale to może wtedy warto chociaż mieszać ze sobą te metody? Mi się to sprawdza bez mieszania, myślę, że i u Was może to zdać egazmin.

Daje temat do przemyślenia, bo wydaje mi się warty uwagi ;)