Jako dorośli wiemy, że to jakimi jesteśmy ludźmi ukształtowało wiele aspektów – rodzina, środowisko szkolne, podwórkowe i różne doświadczenia. Wszystko to, spowodowało, że czujemy się albo pewni siebie, połowicznie pewni siebie, albo mamy bardzo niską samoocenę. Zgodzicie się, że poczucie własnej wartości w dużej mierze wywodzi się z odbioru nas przez inne osoby, przez ich komentarze o nas, opinie itd. Gdy dziecko od najmłodszych lat słyszy: ” Uda ci się “, ” Jesteś super “, ” Nie poddawaj się”, “Następnym razem się uda” itp. to siłą rzeczy będzie pozytywnie nastawione do siebie i świata. Doping, który słyszało, będzie przekazywało dalej kolejnym pokoleniom i to jest super! Przestrzegam jednak przed realnym ocenianiem dziecka. Zbyt mocna pewność siebie i przekonanie o wiecznej wygranej i nieomylności jest też szkodliwe, dlatego nie przesadzajmy :).

No i właśnie oprócz doświadczenia  i opinii kierowanych do dziecka ważne są jeszcze emocje.  My sami jako rodzice czy opiekunowie jesteśmy transferem emocji do naszego dziecka. Co dokładnie mam na myśli? Już wyjaśniam! Na pewno zauważacie, że dziecko czuje naszą złość, radość, smutek i lęk, różnie sobie z tym radzi, bo nie wszytko rozumie. Dodatkowo widzicie też, że dzieci często, gdy coś robią patrzą na naszą reakcję, bo wiedzą już z doświadczenia, że albo im na coś pozwolimy, albo nie. Widzą, że reagujemy przy tym radością, złością lub lękiem. Jest to dla nich sygnał, że coś jest bezpiecznie lub nie.

 

Dziś zatrzymam się przy lęku, który wysyłamy do naszych dzieci

 

Wielokrotnie obserwuje mamy na placu zabaw i ich zachowania. Nie rzadko słyszę: “Nie rób tak”, “Nie wchodź tam”, “Nie wolno” i ciągle nie, nie i nie. Wiadomo, że często mamy w tych przypadkach mają rację, ale zdarza się, że dziecko jest hamowanie przez ich własny lęk, a nie dlatego, że dziecko jest za małe i sobie nie poradzi. Na widok np. wspinającego się wysoko dziecka u niektórych z nas włącza się lęk, napięcie i ogromny stres. Nikt nie chce tak się czuć, dlatego przerywamy ten stan, np. ściągając dziecko z drabinki, mówimy: „Zejdź”, „Nie wolno”. I w porządku, jeśli jest to niebezpieczne, ale jeśli nie jest, powinniśmy popracować nad sobą. Nie może tak być, że nasz lęk powoduje, że dziecko nie chce się czegoś podjąć, bo pamięta silną, pełną leku reakcję rodzica na swoją wcześniejszą wspinaczkę i zaczyna się z tym utożsamiać. Dochodzi też uczucie mniejszego poczucia sprawczości i pewności siebie, bo przecież mama przekazuje mi, że nie dam rady.

Niestety czasem praca nad sobą niewiele się zda. Proponuję wtedy wycofanie się z sytuacji, gdy po raz enty chcemy “uchronić” dziecko i zamianę np. z mężem. Panowie często dają więcej przestrzeni do eksplorowania i doświadczania przez swoje dzieci.

Najważniejsze w tym krótkim wpisie co chcę przekazać, to to, że dziecko jest odrębną jednostką. To, że nas coś śmieszy, smuci i czego się boimy, nie musi śmieszyć, smucić czy bawić nasze dziecko. Dajmy mu pokazać nam, jakie jest, bez bagażu, który często mu przekazujemy, wyprzedzając jego reakcję swoją i w jakiś sposób w nim je “kodując”. Świetne jest to, że gdy my boimy się pływać, nasze dzieci mogą się tego nie bać, że gdy my lubimy komedie one horrory. Nasze dzieci też wiele dobrego mogą nam przekazać i nauczyć, tylko nie kreujmy ich na swoje podobieństwo. Niech będą sobą!