Jestem psychologiem dziecięcym z doświadczeniem, werwą i pomysłami-staram się. Mimo to wielokrotnie mam wątpliwości odnośnie działania we własnym domu. O niebo łatwiej zauważać czyjeś błędy i dawać rady innym niż sobie. To fakt niezaprzeczalny. Z drugiej strony jednak mogę się domyślić, jak trudno jest, wychowywać swoje dziecko będąc nowicjuszem i jak wielu szuka się źródeł postępowania z małym członkiem rodziny. I fajnie, szukajcie!

Źródła jak to źródła, zwykle są dobre, złe lub pośrednie. Tak czy siak, trzeba logicznie do nich podchodzić. Często bardzo krytycznie, bo bez tego można wpaść w pułapkę. Wielu jest ekspertów, wiele pomysłów, metod, złotych rad, badań i książek. Najważniejsze jest to, co finalnie wyniesie z tego dziecko i jakim finalnie będzie człowiekiem.

Jedno z pytań, jakie często pojawia się w dzisiejszych czasach z tytułu wychowawstwa to takie, czy stawiać granice dziecku, czy może pozwalać mu doświadczać i decydować samemu za siebie… Jeśli chodzi o to rozgraniczenie, mam w nim stanowisko i zaraz je przedstawię, mimo że zazwyczaj staram się tego nie robić, w tym przypadku muszę. Z góry przepraszam, jeśli kogoś urażę.

Spotkałam się z dziwnym podejściem do wychowania lub o nim słyszałam od innych, że jeśli dziecko nie ma potrzeby przeprosić, podziękować za coś, podzielić się z kimś to nie musi. Brak potrzeby w tym przypadku równa się z nie zmuszaniem do tego. Mowa o tego typu podejściu często występuje już w przypadku 2-3-letnich dzieci. W momencie, gdy to słyszę, nie wierzę, opadają mi ręce i myślę, co myślę… Dlaczego? Bo jakim cudem dziecko ma same do tego dojść? Ma przeczytać, zobaczyć w tv czy samo wywnioskować? Doświadczenie ma mu to pokazać po 16 latach, czy finalnie samo na to NIE wpadnie, myśląc już na zawsze, że jest pępkiem świata? No przepraszam, ale tego nie rozumiem. Czyli rodzice są po to, tylko żeby zapewnić dach nad głową, jedzenie, ubrania i zabawki, a reszta przyjdzie sama? Oj nie…

Podobnie jak z wyznaczaniem granic i np. w przypadku ograniczenia mówienia: Nie”. Nie mów nie, zastąp to czymś innym, np. zamiast nie skacz po kanapie, powiedz: O, zobacz jak fajnie, skacze się po dywanie”. A co w momencie, gdy dziecko chce przejść na czerwonym świetle, pod pędzący samochód? – Zobacz, jak fajnie przechodzi się na zielonym świetle?”. No bezsens. Kurcze nie dajmy się zwariować! Wszystko trzeba wypośrodkować, bo rzeczywiście z drugiej strony stałe mówienie nie powoduje u dziecka znieczulicę na zakaz, ale to nie znaczy, że nie mamy prawa zaznaczać granic.

Wiele nowych podejść wychowawczych jest fajnych, np. pozwolenie dziecku na przeżywanie emocji i nie mówienie, że nic się nie stało, bo do cholery przecież leci krew, kolano strasznie boli. Oprócz tego fajnie, że głośno mówi się, o tym, że bicie dziecka pokazuje tylko naszą słabość i brak pomysłu na jego wychowanie lub nauczkę a dodatkowo przekłada się na małego człowieka. Zgadzam się z tym w 100%.

Dzisiejsze czasy są zwariowane i często nieprzewidywalne, ale nie zmienił się fakt, że dziecko jest tylko dzieckiem i żeby rozgraniczało dobro od zła, żeby szanowało innych, nie było egoistą, potrzebuje granic. My jako rodzice odpowiadamy za mądre stawianie granic, które powodują poczucie bezpieczeństwa u małego człowieka. Dla każdego przyjdzie czas, żeby podejmować za siebie decyzje, ale jeśli będzie już gotowy, a czy 2-3latek, a nawet 5-6latek jest już na to gotowy? Nie sądzę…

Bądźmy krytyczni w realizacji pomysłów z książek. Jeśli widzimy, że to nie działa, nie brnijmy w to dalej, bo ktoś mądry tak napisał, wierzmy w swoją intuicję. Dzieci to wspaniałe istoty, które nas potrzebują i nie wrzucajmy im na barki odpowiedzialności za samego siebie zbyt szybko. Im mniej mają doświadczeń, tym bardziej działają pod wpływem impulsu, nagrody czy korzyści, a nie racjonalnego rozumienia opartego na doświadczeniu. Jeszcze będą miały na to czas, a na razie niech czują, że jest ktoś, kto jest ich ostoją i podejmuje za nich zbyt trudne dla nich jeszcze decyzje.

Może mądrze może nie, może logicznie, albo nie, ale się starałam.

(Kasiu, dzięki za inspirację :))