Rodzina przez dziesiątki lat zmienia swoją formułę i charakter. Obecnie jest różna od tej, którą jeszcze obserwowało się 70-80 lat temu i więcej, gdzie ojciec był głównym żywicielem rodziny, a matka zajmowała się dziećmi i domem. Może i dobrze, może źle w zależności od tego, od której ze stron na to spojrzymy. Nie mnie dziś to oceniać, nie takie na dziś moje zadanie. Podkreślę natomiast, że w obu przypadkach jest wspólny mianownik, a mianowicie rodzina kształtuje dziecko.

Rodzina zawsze kształtuje, bez względu na to, czy jest w dobrej, czy złej formie. Prostym tego przykładem, są zdania wypowiadane przez naszych rodziców, które jeszcze kiedyś działały na nas jak przysłowiowa czerwona płachta na byka, a obecnie samy słyszymy je padające z naszych ust. Punkt widzenia zmienia się z punktem siedzenia to oczywiste, ale nie zawsze chcemy je stosować w dorosłym życiu, ale są tak zakorzenione, że je powielamy.

Rodzina upraszając zakorzenia dobro i zło. Na bazie obserwacji rodziców czy innych ważnych dla nas osób w rodzinie, dostajemy m.in. podwaliny sposobów radzenia sobie z trudnościami, pojęcie „ja” jako kobiety czy mężczyzny w przyszłych związkach, a także wyobrażeń i oczekiwań w stosunku do przyszłej żony czy męża, strategii postępowania z własnymi dziećmi oraz innymi ludźmi, szacunku do starszych pokoleń i tradycji. Natomiast bezpośredni stosunek i podejście naszych rodziców do nas samych ukształtował w nas m.in. poziom własnej wartości, poziom poczucia sprawczości, poziom odpowiedzialności, empatii, miłości do siebie i innych, a przede wszystkim to, jaki mamy obraz siebie, we własnej głowie.

Dzieci często szybko kształtują obraz samego siebie. Przybierają role, o jakich słyszą od własnego rodzica. Gdy słyszą, że są wspaniałe, mądre i wszystko im wychodzi, to nawet jeśli z odbioru kogoś z zewnątrz tak nie jest, dzieci tak właśnie o sobie myślą i wchodzą w tę rolę. Podobnie, gdy słyszą, że są brzydkie, głupie i niegrzeczne.

Każdy z nas, słysząc każdego dnia, że jest taki czy siaki, to rzeczywiście jest w stanie w to uwierzyć, mimo że nie zawsze jest do adekwatne do rzeczywistości. Dorosłym jest łatwiej te informacje weryfikować, ale dzieci, jeszcze tego nie potrafią. Robi to za nich środowisko. Więc w kolejnym etapie, to co ukształtowała w dziecku rodzina, będzie weryfikowało środowisko np. rówieśników, które albo przyjmie rolę, którą dała rodzina, albo będzie to weryfikować i wtedy wchodzi w grę poczucie własnej wartości i własny obraz siebie (co też dała rodzina), który pomoże lub przeszkodzi w tej konfrontacji.

Patrząc na siebie, już jako dorosłego człowieka robimy bilans i wiemy, jak wychowanie i obserwacje własnej rodziny na nas wpłynęły. Wiemy, że bilans nie zawsze jest na plus. Oczywiście tak jak z powiedzeniami rodziców i strategiami radzenia sobie z trudnościami możemy je kontrolować i ich nie powielać. Ciężka to praca, ale możliwa. Myślę, że wtedy najbardziej dostrzegamy, jak jest to silnie zakorzenione i że naprawdę musimy stawić temu czoła, aby z tym wygrać.

Dla dobra własnych dzieci warto zwracać uwagę na to, co obserwują i co słyszą. My zdajemy sobie sprawę z tego, co robimy niewłaściwie, ale one tego jeszcze nie wiedzą tylko chłoną jak małe gąbeczki i jest duże prawdopodobieństwo, że będą to powielać.

Czy chcemy, żeby wszystko powielały?